w lesie wszechrzeczy

Teoria gołębia

Kilka lat temu, mieszkając w Toruniu, prawie codziennie widywałem setki gołębi. Nigdy nie robiły one nic innego poza żebraniem za jedzeniem. Cóż, taka ich natura. Możliwe, że gdyby w międzyczasie rozjechał je samochód, nadal dziobem beztrosko zbierałyby rzucone przez ludzi okruchy. Po tych obserwacjach wysnułem teorię, że niebawem, w procesie ewolucji, gołębie zupełnie porzucą tak energochłonny sport jak latanie. Bo i po co? Wszystko co potrzebne do egzystencji mają podane na tacy. Żyć nie umierać.

Porzucenie umiejętności, której tak zazdroszczą im nawet ludzie. Wydawałoby się głupie. Ale w praktyce gołębie to już prawie nieloty. Z bólem serca coraz częściej zdarza mi się odnosić tę teorię do ludzkości. Przykłady można mnożyć, zacznę jednak od, moim zdaniem, ekstremum.

Rozrywka jest ważnym aspektem życia każdego z nas, a ci którzy twierdzą inaczej, cóż, nie ufam takim ludziom. O tym, co kogo bawi dyskutować nie będę, bo to równie owocne co przekomarzanie się na temat gustu muzycznego (no bo powszechnie wiadomo, że disco polo to nie muzyka!!!). Jednak zastanówcie się, drodzy czytelnicy, co dziś służy za rozrywkę? Po dawkę humoru wchodzimy na YouTube. Co bije rekordy popularności? Krótkie filmiki, bo długie wymagałyby jakiegokolwiek skupienia, co przecież odpada. Powielone schematy, typu “co mówią…”, “5 sposobów na…”, “…challange”. Masakra, ale łatwostrawna, znajoma, niczym chleb rzucany gołębiom przez emeryta. Wchodzi bez popity – gwarancja dobrego samopoczucia. Dochodzi do tego, że żyjemy w czasach, kiedy takie Ucho Prezesa, przedsięwzięcie trochę większe od kupna aparatu z opcją nagrywania, urasta do rangi “dużej produkcji”. Litości! Dlaczego tak jest? Bo jesteśmy niczym te gołębie – pozbawieni wymagań, spragnieni zaspokojenia najbardziej podstawowych potrzeb w wymagający minimum zaangażowania sposób. Nie bez przyczyny zacząłem od przykładu YouTube`a. Ewidentnie przekaz audio-wizualny jest jedynym, na który współczesne społeczeństwo pozwala. Dlaczego? Bo nie wymaga od nas niczego, poza biernym śledzeniem wydurniających się ludzi. Dzięki Bogu, że chociaż im się chce! Formy takie jak ten tekst to niemal oldschool, zapomniana forma przyswajania treści.

Sam łapię się na tym, że w natłoku szumu informacyjnego, przewijam kolejne linijki artykułów, by wyłapać to, co wyda mi się istotne. Mogę sobie wymyślać przyczyny takiego stanu rzeczy: bo przecież nie miałbym czasu czytać wszystkiego, bo jakość nie ta. Ale prawda jest drastyczna – nie chce mi się. Tak samo jak wchodząc na YouTube zadowalam się tym, co zostanie mi podsunięte pod nos, cały czas mając świadomość, że gdzieś tam są treści o niebo lepsze od okruchów zaserwowanych innym leniwym gołębiom.

Pójdźmy dalej, choć czuję, że wiecie już, o co mi chodzi. Praca. Decydujemy się na jakąś, bo okazuje się, że za coś trzeba przeżyć. Najlepszym przykładem będzie korporacja. W większości ścieżka rozwoju jest jasno określona i tylko od nas zależy, czy ruszymy się z miejsca, z którego startujemy. Ale nader często zadowalamy się tym, jak jest, stajemy się wiecznymi poprzestawaczami. Pensja mogłaby być wyższa? Ale przy obecnej nie głoduję. Wzrósłby prestiż? No przecież nie jestem snobem, żeby się tym przejmować. Itd.

Żyjemy w czasach, kiedy jakość wielu aspektów życia uzależniamy od wysiłków kogoś innego. Chcemy dowiedzieć się czegoś o świecie? Zdajemy się na TVN24, bo przecież szukanie w różnych źródłach, a może nawet zagranicznych (o zgrozo!), to tak wiele. A jeśli dziennikarz TVN-u zignoruje coś dla nas ciekawego? Trudno, może innym razem się wpasuje.

Powiedzmy, że mniej więcej 6 na 7 dni w tygodniu zdarza mi się być wygodnickim, który konsumuje głównie to, co dostanie pod nos. Ale ten jeden dzień mojego wysiłku daje mi więcej satysfakcji, niż cała reszta tygodnia. Dlatego z każdym dniem staram się odwrócić te proporcje, żyć bardziej świadomie, czerpać z życia więcej, bo to, co dostajemy to syf. Zresztą, widzieliście kiedyś żeby gołębiom ktoś rzucał świeże drożdżówki? Nie, to zawsze jest stary, zeschnięty chleb.