Nowy w mieście

“Nowy w mieście”: na opak

Pomysł na ten wpis naszedł mnie w momencie, w którym w prognozie pogody usłyszałem właśnie, że niemal cała Polska skąpana jest w deszczu. Niemal. Bo w Słupsku pełnia słońca. Tu często wiele spraw dzieje się odwrotnie niż w reszcie kraju i naprawdę czasami można poczuć się jak pod Radomiem, gdzie facet na kawałku ziemi ogłosił niepodległość własnego państwa

Życie w Słupsku to wiele sprzeczności. Pierwszy raz mam takie odczucia, że kierunek, w jakim podąży to miasto jest dla mnie nieprzewidywalny. Coś na zasadzie “dziś budujemy nowy kościół katolicki, a jutro zmieniamy wszystko w meczety”. Może trochę wyolbrzymiłem, natomiast poczucie spokoju i pewności w stosunku do miasta jako samorządu i trendów społecznych w Słupsku to dla mnie pojęcia prawie antagonistyczne. Przykłady mogę sobie wyliczać:

  • prezydent lobbuje budowę kolejnych schronisk dla zwierząt, natomiast w obrzeżnym dla Słupska Redzikowie urządza się odstrzał dzikich zwierząt, które zagrażają funkcjonowaniu bazy wojskowej. Abstrahuję od słuszności jednej lub drugiej opcji, ale zadziwiająco szybko temat protestów względem odstrzału ucichł – będzie jak chcą.
  • Mówi się wiele o wspieraniu lokalnych przedsiębiorców, przez co rozumiem także sklepikarzy, tymczasem w Słupsku mamy jedną z najwyższych średnich liczby Biedronek w przeliczeniu na mieszkańców w Polsce.

Ale nie o wyliczankę tu chodzi. Taki nonkonformizm ma oczywiście swoje uroki, bo nie jest tak, że dzieje się wyłącznie źle. Jednak odnoszę wrażenie, że sporo decyzji podejmowanych jest ad hoc.

-Co jest modne?

-Startupy!

-Czy powinniśmy wspierać słupskie startupy?

-Taaaak!

-Jak?

-…jakkolwiek…

Zero pomyślunku, planu, szybka akcja promocyjna i spotkanie z randomowymi ludźmi (spotkanie z panią freelancer zasługuje na osobny tekst, choć już dawno było).

Co jeszcze jest na opak? Polityka dotycząca wypływającej i napływającej ludności. Wszędzie słyszę “zostańcie z nami!”, co ma odnosić się do młodych, w Słupsku wychowanych, lecz nieskorych do spędzenia tu reszty życia. I znowu serwowane są na kolanie spisane projekty, fundusze, dolary. Zachęcające prawda? Sprowadziłem się do Słupska w magicznym momencie, w którym Słupskowi pękło 100 tys. mieszkańców. Oczywiście in minus. Mniej więcej rok po tym wydarzeniu, jeszcze głośniej zaczęło być o wymienionych wyżej akcjach. Efekt takiej prowizorki? Na dziś miasto liczy mniej niż 90 tys. mieszkańców. Według lokalnej prasy [link], do 2050 roku, jeśli tempo wyludniania się utrzyma, zostanie tu 65 tys. ludzi. Zresztą nie potrzeba wielkich obserwacji, żeby ten Słuxit dostrzec. Mieszkam w jednej z kamienic w centrum i wierzcie mi, że nie mam wielu sąsiadów. W styczniu jakiś desperat wprowadził się do mieszkania obok, wieczorami zapalone światło można zauważyć jedynie w kilku znanych lokalach. Nawet lokale użytkowe w ścisłym centrum miasta świecą pustkami. Znów na opak i znów, w pewnym sensie, z pozytywnym efektem. Niekorzystne warunki mieszkalne w przestarzałych kamienicach to gratka dla deweloperów, którzy z intensywnością zakochanych królików tworzą kolejne osiedla na przedmieściach. Tak, w Słupsku ludzie zamiast chęci mieszkania blisko centrum, masowo wyprowadzają się na przedmieścia, które obecnie są po prostu rzędami domków w szczerym polu. Jeżeli czytaliście premierowy wpis wiecie już, że tutaj każdy dojeżdża wszędzie autem. Bo spacerek z przedmieść albo z pobocznych wsi nikomu się nie uśmiecha, a w swojej okolicy nie mają nawet sklepu spożywczego.

Panuje moda na to, że każde miasto ma swój slogan, w stylu “Toruń, gotyk na dotyk”. Dla mojego miasta proponuję “Słupsk – fuck logic”.