socjologiczne dziwy

Łącze internetowe – znak czasu czy syndrom pokolenia Y?

Obserwacja własnych zachowań może człowieka nieźle przestraszyć. Często staram się spojrzeć na własne przemyślenia i działania trochę z boku i trochę z punktu widzenia osoby, jaką chciałbym się stać. Od jakiegoś czasu zauważyłem przywiązanie do pewnego dobra. I szczerze mówiąc, potrzebuję pomocy w ocenie tego, jak hierarchizuję pewne elementy mojej rzeczywistości.

Jak co wnikliwsi czytelnicy mogli już zauważyć, rzecz tyczy się Internetu, a konkretnie dostępu do niego. Szybkie i sprawne łącze są dla mnie ważne, i żyłem w przeświadczeniu, że tylko ważne. Bo przecież potrafię wyjechać w miejsce, gdzie nie ma sieci, nie sprawdzam nałogowo skrzynki mailowej i Facebooka. Tak mi się wydawało, aż do momentów, w których:

  1. Zmieniłem operatora, na takiego z dużo większym pakietem Internetu,
  2. Szukając mieszkania, spytałem o światłowód w pierwszej kolejności,
  3. Na przeciążoną sieć w obecnym mieszkaniu i zerwane połączenie reaguję nazbyt impulsywnie,
  4. Zacząłem oceniać miejsca publiczne pod kątem dostępu do WiFi.

Obserwując powyższe zachowania, solidnie się zaniepokoiłem. Pytanie, czy słusznie? Dalej, czy mam na to wytłumaczenia? Powiedzmy, że kilka mam:

  1. Pracując zdalnie, dostęp do sieci jest praktycznie moim narzędziem pracy,
  2. Nie mamy telewizora, platforma Nc+GO to źródło wszelkich filmów czy transmisji sportowych, bez których żyć trudno,
  3. Wirtualnie sprawuję pieczę nad najważniejszymi aspektami życia, jak finanse, zakupy czy opłacanie rachunków.

Jak wszystko, tak też moje wariacje są często niepotrzebne, ale czy powyższe przykłady są wystarczającym usprawiedliwieniem?

Jestem przedstawicielem pokolenia, które zaznało w dzieciństwie zarówno świata w pełni analogowego, jak i niemal w pełni cyfrowego. Oba mają swoje wady i zalety, oba niosą ze sobą szanse i zagrożenia. Przez długi czas myślałem o sobie jako o tej wybitnej jednostce, która bez Internetu mogłaby się obyć. Teraz nie dość, że już tak nie myślę, to pojawił się dylemat z istotnością dostępu do sieci w codziennym życiu. Czy mógłbym zrezygnować np. z mieszkania z powodu Internetu? Już samo pytanie rodzi we mnie wewnętrzny konflikt. Dlatego mam kolejne: jak to jest w twoim przypadku? Czy niestabilne łącza można porównać z brakiem ciepłej wody w kranie?