w lesie wszechrzeczy

Polityka po polsku

Polityka nigdy nie była i pewnie długo nie będzie moją domeną. Nie pozostaję jednak na nią obojętny, dlatego co istotniejsze sprawy wyłapuję i analizuję. Tak też było z popularnym niedawno tematem nowego podziału administracyjnego Warszawy. Tutaj jednak moją uwagę przykuł nie tyle sam fakt włączenia Pruszkowa do stolicy – nie obchodzi mnie też w czyim interesie zachodzą te zmiany, choć tu akurat sprawa wydaje się oczywista. Co innego mnie zaintrygowało. Język. A konkretnie wypowiedź Hanny Gronkiewicz-Waltz i jej puenta „co by tu jeszcze spieprzyć panowie, co by tu jeszcze?”.

Obecnie w Polsce zapanowuje powoli nowomowa w odsłonie panującej nam władzy. Coraz częściej można spotkać się z rozgoryczeniem dziennikarzy, którzy nie mogą wytrzymać wyuczonych formułek przedstawicieli rządu, starających się kreować naszą rzeczywistość. I właśnie w tym kontekście zafascynowała mnie wypowiedź prezydent stolicy. Bo na tle tej szarości, z charakterystyczną dla siebie wadą wymowy, zabrzmiała wyjątkowo wyraziście.

Fascynujące jest również to, że podobne wypowiedzi różnie wybrzmiewają, w zależności od czasów. W erze Andrzeja Leppera i jego językowych kwiatków (zwiędłych, ale wciąż kwiatków), takie „pieprzenie” na nikim nie wywarłoby większego wrażenia. Ale obecnie, kiedy w kraju dokonują się znaczące zmiany przeprowadzane przez ludzi w białych rękawiczkach na dłoniach, z grzeczną polszczyzną na ustach, „spieprzyć” jest jak dodatkowa porcja pieprzu w zupie. Robi różnicę.

Wypowiedź Gronkiewicz-Waltz zastanowiła mnie także w kontekście tzw. poprawności politycznej. Mitycznego określenia, które kieruje naszymi zachowaniami każdego dnia. Czy tak dobrane słowa powinny paść z ust pani prezydent w trakcie publicznego wystąpienia? Czy nie zmieniły całej przemowy w szczeniacką pyskówkę? Moim zdaniem nie, a oto dlaczego tak myślę. Pani Hanna zastosowała bowiem bardzo sprytną metodę, która zmienia całkowicie rangę wypowiedzianej przez nią słów. Zacytowała. I to nie byle Dodę czy Libera ale Wojciecha Młynarskiego w utworze „Co by tu jeszcze?”.

A więc: faceci wokół się snują co są już tacy,
że czego dotkną, zaraz zepsują. W domu czy w pracy

gapią się w sufit, wodzą po gzymsie wzrokiem niemiłym.
Na niskich czołach maluje im się straszny wysiłek,

bo jedna myśl im chodzi po głowie, którą tak streszczę:
“Co by tu jeszcze spieprzyć, Panowie? Co by tu jeszcze?”

I nagle cała wypowiedź nie jest już rynsztokową obelgą, ale subtelnym nawiązaniem kulturowym, jak ulał pasującym do najnowszej sytuacji politycznej. Jacek Sasin dostrzegł w całej tej sytuacji właśnie potoczność i chamstwo, tymczasem, jak to młodzi mówią, pani Hanna „zaorała” i równie dobrze mogłaby wypuścić mikrofon z dłoni i zejść ze sceny (mikrofon był stojący, zapewne dlatego tego nie uczyniła).

„Pieprzenie” Hanny Gronkiewicz-Waltz można by wykorzystać jako wzór tego, jak używać wulgaryzmów w odpowiedni, stosowny sposób, którego jedynym przeznaczeniem jest wzmocnienie siły emocjonalnej wypowiedzi. Dobitnie, acz w dobrym smaku; stanowczo, ale bez przekroczenia pewnych granic. Granic poprawności politycznej właśnie. Jako polonista, jestem pod wrażeniem.