recenzje

Film, gdzie najlepiej grają jelenie

Coraz częściej mówi się, że doborowa obsada nie jest gwarantem dobrego filmu. Jednak na pewno głośne nazwiska kuszą potencjalnego widza. Tak też było w przypadku filmu „Sezon na zabijanie”, typowego amerykańskiego action movie, który wszedł do kin pod koniec czerwca 2013. Co dało zatrudnienie Roberta de Niro i Johna Travolty?

 

Historia „Sezonu na zabijanie” jest prosta, żeby nie powiedzieć trywialna. Amerykański weteran Ben Ford (de Niro) był kiedyś na wojnie na Bałkanach i strzelał do złych Serbów. Jeden z nich, Emil Kovac (Travolta) twierdzi z kolei, że to Amerykanie byli agresorami, więc po latach przyleciał do USA zemścić się za swój ciężki los. Panowie spotykają się w głębokiej puszczy, w której mieszka samotnie Ford i rozpoczynają wzajemne polowanie, czemu z uwagą przyglądają się pokazywane nader często jelenie. Niestety na tym pomysły autora scenariusza (Evan Daugherty) się kończą. Właściwie cały film można by streścić w jednym, krótkim dialogu:
A: Złapałem cię i mogę cię zwyczajnie zabić, ale zaraz zrobię coś bezmyślnego, żebyś mógł się uwolnić.
B: Ha! Ha! Uwolniłem się i teraz to ja cię zabiję. Jednak nim to uczynię będę gadał przez dziesięć minut, potem zrobię coś bezmyślnego żebyś mógł się uwolnić.
I tak w kółko. Gdyby ktoś jednak chciał obejrzeć ten film, nie zdradzę kto wypowiada swoją kwestię jako ostatni.
Potem dochodzimy do puenty filmu (jeżeli można tu w ogóle mówić o czymś takim), która wydaje się ufundowana przez władze USA. Morał jest prosty: wtrącanie się Stanów do każdej możliwej wojny jest czymś słusznym, wręcz niezbędnym. Czy to Bałkany, Irak, Afganistan albo Wietnam, w jankeskim filmie zawsze utrwala się w widzach przekonanie, że gdyby nie interwencja Stanów Zjednoczonych na świecie triumfowałoby zło. Dokładnie to samo otrzymujemy w „Sezonie na zabijanie”. Najpierw poznajemy wzruszającą wersję Emila Kovaca, który cudem uniknął śmierci przez rozstrzelanie, lecz pod koniec to Ford jawi się jako american hero, który choć nie chciał, walczył z okrutnymi Serbami. Co więcej, okrucieństwo wojny nie pozwala biednemu Fordowi na normalne funkcjonowanie w społeczeństwie, przez co osiedla się w środku lasu i przeżywa weltschmerz.
Skoro wiemy już, że fabuła jest nudna i kiczowata, to czy w takim razie aktorzy rehabilitują nam brak ciekawej treści? Chyba nie do końca. Robert de Niro powinien powoli przestać bawić się w komandosa, nawet takiego emerytowanego. Ilość obrażeń jakie przyjmuje na siebie Benjamin Ford, powaliłaby każdego, nawet najbardziej zatwardziałego weterana. Tymczasem bohater „Sezonu na zabijanie” jęknął tylko kilka razy i zaraz potem kuruje się śmiesznymi harcerskimi metodami. Na dodatek, po całej tej akcji jedzie jakby nigdy nic na chrzciny wnuczka.
Mniej jednoznacznie oceniam rolę Johna Travolty. Z jednej strony uwielbiam tego aktora, z drugiej natomiast, nie znam nikogo, kto częściej byłby nominowany do Złotych Malin. W „Sezonie na zabijanie” gra przesadnie uduchowionego bandziora z Serbii. I w tym miejscu pojawia się pierwsza rozterka. „Bałkański” akcent Travolty jest bardzo staranny i konsekwentny. Jednak oglądając ten film z napisami naprawdę trudno o brak skojarzeń z Boratem. Serbski angielski Emila Kovaca (swoją drogą to raczej chorwackie nazwisko, ale pewnie zbytnio się czepiam) jest zwyczajnie śmieszny. Nie wiem tylko, czy to wina samego aktora, czy raczej głupich amerykańskich stereotypów. Travolta na siłę chce stworzyć postać prostego żołnierza, który na tyle dobrze nauczył się angielskiego, by przez cały film prowadzić filozoficzne dysputy.
“Sezonu na zabijanie” nie można ocenić dobrze. Prosty zarys kina akcji doprowadzono do rangi groteski. Przebrzmiałe gwiazdy nie chcą/nie mogą dać temu filmowi nic ponad przeciętność. Historia jest kiepska, a brak innowacyjności ze strony twórców widać choćby po tym, że w cały filmie swoje kwestie ma 6 (słownie “sześć”) postaci! Bite półtorej godziny zostajemy osamotnieni z de Niro i Travoltą, którym zdecydowanie przydałby respirator w postaci młodszego kolegi w obsadzie (bądź koleżanki, kogokolwiek po prostu). Ostatnie zdanie na zakończenie – najładniej w tym filmie wyszły jelenie.